piątek, 9 czerwca 2017

O szparagach tylko z szacunkiem (i z jajkiem w koszulce, na grzance z pastą pieczarkową)


"Cienki szparag się uczynił z grubej i nadętej dyni" - ten zapamiętany w dzieciństwie dwuwiersz z "Drugiej Księgi Przygód Koziołka Matołka" Kornela Makuszyńskiego przez wiele lat był jedynym moim punktem odniesienia, jedynym skojarzeniem z nazwą tego przedziwnego warzywa. Czy pędu raczej - wszystko jedno, bo w czasach słusznie minionych, na które przypadło moje wczesne dzieciństwo, dylemat pozostawał i tak teoretyczny. Była wprawdzie fasolka szparagowa, też cienka i podługowata w kształcie, dało się więc sobie wyobrazić, co też się Kozłu przydarzyło, ale mama tłumaczyła mi niejasno, że szparag i fasolka szparagowa to nie to samo.

Owszem, szparagi w kuchni PRL nie były czymś nieznanym - w "Kuchni Polskiej" z 1974 r. (praca zbiorowa, Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne) odnajduję trzy przepisy. Co jeden to bardziej jeży włosy na głowie...

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Chałka wytrawna – o świętym pieczywie i rzeczach naprawdę ważnych [WIDEO]


Raz do roku, w wigilię, na wiele naszych stołów trafia chałka nie słodka, posypana kruszonką, lecz wytrawna, z chlebowego, pszennego ciasta. Doskonale pasuje do ryby, zwłaszcza w galarecie - to ważne. Ale ważniejsze, że świadczy ona o łączności między naszymi dzisiejszymi tradycjami, a tradycją żydowską, z której to świąteczne pieczywo przejęliśmy.

Chałka rzecz święta. Ozdobne, wyplatane pieczywo zna wiele kultur i tradycji, ale w każdym przypadku szykowano je na szczególną okazję. Wesela, rolnicze święta, momenty narodzin i śmierci, przejścia i zamknięcia się cyklu - miały swoje kołacze, korowaje, wieńce, szyszki, gąski, kukiełki, chałki. Jakby chleb - symbol przemiany i życia, wymagał też swojego wzoru, swojego splotu.

Rozmawiałem kiedyś z pewnym mądrym rabinem, który opowiadał mi o związanej z chałką micwie, czyli wymogu tradycji i dobrym uczynku: otóż micwa challah wymaga, by piekąc szabasową chałkę, oddzielić część ciasta i upiec zeń placek dla kapłana, który był zwykle człekiem ubogim. Gdy nie można było tego przepisu spełnić, placuszek z pieczywa spalano w ofierze. „Co z tego przychodzi, oprócz zapachu spalenizny w domu? – śmiał się rabin. – Lepiej przeznaczyć część dochodów na cele dobroczynne”. Bo taki był sens micwy: dzielenie się chlebem, a więc dzielenie się tym, co najważniejsze i najcenniejsze. „Czasem jesteśmy zbyt ortodoksyjni – a mówię to jako ortodoksyjny rabin!” – zaznaczył.

Tego Wam życzę na Nowy Rok: rozróżnienia między tym, co zastane, co z przyzwyczajenia, co wygodne i nietrudne – a tym, co naprawdę ważne. I jeszcze: niech Wasze ważne momenty mają swoje unikatowe, piękne wzory i sploty: choćby miały być niełatwe.

A dla niejakiego ułatwienia zapraszam na tutorial – jak upleść chałkę:

sobota, 29 października 2016

Kaiserschmarrn – o tym, że nawet gdy danie się nie uda, wciąż może smakować cesarzowi


Kiedy w Austrii po raz pierwszy usłyszałem o tamtejszym przysmaku, być może najdziwniejszej formie naleśnika na świecie, i o tym, że w dodatku nazywają go tam Kaiserschmarrn – co trzeba byłoby chyba przełożyć jako „cesarskie dziadostwo” – pomyślałem, że musiało być tak:

Za czasów miłościwie nam panującego Cesarza Franciszka Józefa jego szef kuchni postawił był sobie za szczytny cel usmażyć najgrubszego i największego naleśnika świata. Czym to się mogło skończyć wie każdy, kto mierzył się z przewracaniem na drugą stronę za dużego omletu: wszystko się, rzecz jasna, rozwaliło w szmelc. A że czasu nie było, że Franz Josef już przy stole siedział i nogami w kapciach nerwowo przytupywał, szef kuchni pożegnał się z załogą, polecił przekazać żonie, że ją kocha, przełknął ślinę, i pogodziwszy się ze swoim losem, zaniósł stertę porozrywanych i miękkawych, dla niepoznaki posypanych cukrem pudrem strzępów ciasta naleśnikowego na stół Najjaśniejszego Pana. Ku zdumieniu nieszczęśnika – o, losie! – Najjaśniejszemu Panu smakowało.

A jak było w rzeczywistości?

środa, 5 października 2016

Zupa dyniowa odkryta na nowo (oraz notatki z Bruegela)


Nie pierwszy plan, na którym pacholę w czerwonym kaszkiecie z pawim piórem zapamiętale wcina podpłomyk, oblizując palec, jakby miało się tym kawałkiem pieczywa nasycić za wszystkie czasy; nawet nie plan główny, gdzie dwóch posługaczy o szerokich plecach wnosi na wyjętych z zawiasów drzwiach osiem mis zupy pomarańczowego koloru, zupy, która ma być główną bohaterką dzisiejszego wpisu; i nie nurtujące historyków sztuki pytanie, gdzie się podział pan młody – sprawia, że na długo zatrzymuję się przed „Wiejskim weselem” Pietra Bruegela Starszego. Nie. Tym, co mnie zatrzymuje, co sprawia, że nie mogę od tej XVI-wiecznej flamandzkiej sceny rodzajowej oderwać wzroku, jest nierzucająca się w oczy, acz zaznaczona przez malarza wyraźnie panna młoda, zasiadająca przed seledynowym kilimem, z papierową niby-koroną nad głową. I wyraz jej pyzatej twarzy.

sobota, 6 sierpnia 2016

Pochwała żywności z chemią. Serio. I przepis na crème brûlée z parmezanem (UWAGA! ZAWIERA E-621!!!)


Znacie niejaką Vani Hari? Twórczość tej pani, znanej w USA jako Food Babe i prowadzącej blog pod takim samym tytułem, jeszcze do nas szczęśliwie nie dotarła. Ale tylko patrzeć, jak któreś pismo, wydawnictwo albo telewizja odkryje, że jej modus operandi przyciąga tłumy, i spopularyzuje ją bądź sklonuje. Bo jej metoda jest niezawodnie skuteczna.

Vani Hari przedstawia się jako aktywistka i ekspertka w dziedzinie żywienia, choć nie ma w tym kierunku żadnego przygotowania (z wykształcenia jest informatyczką). Ten zarzut odpiera zapewnianiem: „I never claimed to be a nutritionist, I'm an investigator”, choć na jej blogu na stwierdzenie „As a nutritionist, I often get asked...” wpadłem niemal od razu. Food Babe zajmuje się ujawnianiem straszliwych praktyk przemysłu spożywczego, który do chleba dodaje kawałki mat do jogi, i smoły do makaronu z serem. Wszczyna kampanie, wywołuje wojny z koncernami, do których mobilizuje tłumy. Bo kto by się nie dał zmobilizować, usłyszawszy, że jedząc lody waniliowe, tak naprawdę liże odbyt bobra?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...