środa, 5 października 2016

Zupa dyniowa odkryta na nowo (oraz notatki z Bruegela)


Nie pierwszy plan, na którym pacholę w czerwonym kaszkiecie z pawim piórem zapamiętale wcina podpłomyk, oblizując palec, jakby miało się tym kawałkiem pieczywa nasycić za wszystkie czasy; nawet nie plan główny, gdzie dwóch posługaczy o szerokich plecach wnosi na wyjętych z zawiasów drzwiach osiem mis zupy pomarańczowego koloru, zupy, która ma być główną bohaterką dzisiejszego wpisu; i nie nurtujące historyków sztuki pytanie, gdzie się podział pan młody – sprawia, że na długo zatrzymuję się przed „Wiejskim weselem” Pietra Bruegela Starszego. Nie. Tym, co mnie zatrzymuje, co sprawia, że nie mogę od tej XVI-wiecznej flamandzkiej sceny rodzajowej oderwać wzroku, jest nierzucająca się w oczy, acz zaznaczona przez malarza wyraźnie panna młoda, zasiadająca przed seledynowym kilimem, z papierową niby-koroną nad głową. I wyraz jej pyzatej twarzy.


Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika One Guy With a Knife (@oneguywithaknife)

Obrazy Piotra Bruegela Starszego, zwanego „Chłopskim”, to w rzeczy samej chłopska rewolucja. Bo protoplastę rodu utalentowanych panów Breugelów zajmowały już nie natchnione fizjonomie mężów pogrążonych w wielkich sprawach tego świata bądź wieczności, co wyrazy poczciwych gąb kmieci bez pamięci zajętych zlizywaniem polewki z łyżki, obśmiewających lebiegę, co nie umie wykraść jaj z ptasiego gniazda, czy, dajmy na to, odwracających porządek świata. Wiedział był twórca „Krainy szczęśliwości”, że to w tych gębach i ich pozornie trywialnych czynnościach kryją się prawdziwe prawdy. I że ich istota nie tkwi w wysoce filozoficznych abstraktach czy religijnych dogmatach, lecz w problemach dużo bardziej bliskich gębie właśnie: problemach, którym wiele wieków później słowno-muzyczną formę nadać miał Bertold Brecht, a w formę psychologiczno-graficznego trójkąta potrzeb zamknąć ją miał Abraham Maslov. „Denn erst kommt das Fressen, und dann kommt die Moral”. „By nędzarz myśleć mógł o Ojcu z Nieba, d ajcie nam dzisiaj powszedniego chleba”.

Wielkie sprawy tego świata i zaświatów wszelkich, zdaje się mówić twórca „Walki karnawału z postem”, gdzieś koniec końców dają się sprowadzić do napięcia między karczmą a katedrą, przed którą pojedynek toczy nalana gęba żarłoka z suchotniczą twarzoczaszką ascety, zaś pytania o to, czy być, czy mieć, czy pościć, czy się radować, czy zbawienie przychodzi przez łaskę, czy przez uczynki, kto zasiądzie po prawicy i czy rządzący jest pomazańcem, sprowadzają się ostatecznie do fechtowania rożnem i okładania się śledziami. Nasz świat nie agorą jest, lecz jarmarkiem.

Nawiasem mówiąc, z gąb bruegelowskich najbardziej utkwiła mi chyba w pamięci gęba z „Wieży Babel”, która na ścianie wiedeńskiego Kunsthistoriches Museum zajmuje miejsce niemal dokładnie naprzeciw „Chłopskiego wesela”: gdy będziecie mieli okazję, spójrzcie nie na fantasmagoryczną konstrukcję wieży, lecz na kierownika budowy, który wizytującemu plac budowy królowi przez lewe ramię zdaje się objaśniać, że oto właśnie tu, proszę Waszej Wysokości, kontynuujemy zamierzenia, posuwamy się zgodnie z planem do przodu, i ogólnie jakoś to będzie. Rzut oka wystarczy, żeby skonstatować, że znamy tego typa bardzo dobrze. Nie raz naprawiał nam pralkę, sprzedawał samochód albo projektował fundusz emerytalny. Breugel namalował nam oto matołkowatą gębę archetypicznego Maliniaka, i już wiemy, że żaden inżynier Karwowski nie pomoże, i choćby pod brodą monarchy krył się towarzysz Gierek, to i tak z całej sprawy z Wieżą Babel nic nie wyjdzie poza przysłowiowym wręcz nieporozumieniem, pralka zaleje nam łazienkę, samochód szlag trafi po tygodniu, a o perspektywach na emeryturę to nawet nie ma co gadać.

Ale ja nie o tym. Bo pyzata gębusia panny młodej z „Chłopskiego wesela” z innymi bruegelowskimi gębami tworzy kojący kontrast. To dlatego zatrzymuję się tutaj, przed zaimprowizowanym naprędce z karczmianych drzwi nosidłem i ośmioma misami zupy (dwie pozostałe zdają się zawierać chłopską bryjkę z mąki, na którą miłościwie spuśćmy zasłonę milczenia). Przyzwyczajeni, że pod hasłem „chłopskiego jadła” kryją się mięsiwa i tłuszcze, specjały z gazdowej spiżarni, wędzonka bacy, nalewka babuni i klepaniec Maryny, stajemy przed sceną, której centralnym obiektem pożądania i przyczyną radości, kulminacją i spełnieniem, jest miska biednej polewki i biedny podpłomyk. Panna młoda w papierowej koronie, pokraśniała już mocno, zapewne od obficie lanego tu w dzbany piwa, ma półprzymknięte oczy, dłonie złożone na brzuchu, i błogi uśmiech. Sama już najedzona, zdaje się na moment wyłączać i zamyślać, wsłuchiwać się w gwar weselników, szczęk łyżek o misy, siorbanie, śmiech i inne przejawy zatrzymania się świata, odwrócenia na moment jego porządku, wytchnienia od chłopskiego znoju. Na co dzień zajęta pracą na chleb i na polewkę, dziś tego chleba i polewki przez chwilę ma dostatek, może gościć innych, a sama jest królową. Trwa święto.

Jest koniec lata, a na twarzy panny młodej maluje się sytość.


Jeszcze trwa święto, ale trzeba się śpieszyć, trzeba pamiętać, że na tej samej ścianie w Kunsthistoriches Museum, po drugiej stronie od drzwi prowadzących do sali z „Madonną na łące” Rafaela, wisi i inny obraz Piotra Bruegela Starszego: „Myśliwi na śniegu”. Tu jest już zima, w dole wieś jeszcze bawi się na ślizgawce, jeszcze kobiety zajęte są jakby nigdy nic swoimi sprawami, nie wiedzą jeszcze tego, co wiedzą już powracający z polowania myśliwcy o opuszczonych głowach, wymęczone charty i czarne ptaki obsiadające rząd nagich drzew: że myśliwi wracają z pustymi rękami, jadła nie będzie, święta nie będzie. Do wsi zawita głód.

Nie wiem jak Wam, ale mnie słowo sytość przywołuje na myśl dynię. Pękate – chciałoby się rzec: grube – warzywo, które kojarzy się z obfitością, pełnią, o kolorze, od którego robi się ciepło, które niesie obietnicę brzucha pełnego gorącej, prostej strawy w te dni roku, kiedy sezon się kończy, a na zewnątrz zaczyna się coraz bardziej przenikliwy chłód. Dynia to ostatni podryw lata. Wielki finał.

Pewnie dlatego niemal automatycznie założyłem, że posługacze na wiejskim weselu u Bruegela niosą na drzwiach właśnie zupę dyniową. Kolor zupy, atmosfera miejsca, pyzata twarz panny młodej i jej słuszna postura, nawet miejsce, w którym jestem (bo dla Austrii przecież dynia tym jest, czym ziemniak dla Polski) – sprawiają, że nie mogę o weselnej polewce myśleć inaczej.

Zwłaszcza że kilka dni po wizycie w wiedeńskim Kunsthistoriches Museum przyszło mi odkryć dobrze znaną zupę dyniową zupełnie od nowa. A to za sprawą austriackiej specjalności: oleju z pestek dyni.

Olej wyciskało się na dawnych wsiach z czego tylko wygłodniała dusza zapragnęła. Był tłuszczem ubogich, postną omastą. Olejarnia była tak ważna jak kuźnia.  Polska wieś wyciskała rzepak czy lniankę. Austria wymyśliła olej z pestek dyni. Próbowaliście? Jest przyjemnie wytrawny, intensywnie orzechowy – ma wręcz posmak orzechów laskowych. Wcześniej używałem go tylko do sałat, a tymczasem w tyrolskiej dolinie Schwarzachtal podano nam go do dyniowej zupy właśnie. Do tego kleks śmietany i prażone pestki dyni.

Musicie spróbować. Robi się naprawdę prosto:

Potrzebujesz:

  • 1 dynię hokkaido
  • 2 l porządnego, intensywnego bulionu warzywnego z tego przepisu (mniej, jeśli lubisz bardziej kremową zupę)
  • 1 cebulę, kilka ząbków czosnku
  • olej z pestek dyni (jeśli nie ma w Waszym sklepie, poszukajcie w eko-sklepach albo w sieci)
  • kilka łyżek porządnej, kwaśnej śmietany 18%
  • garść pestek dyni
  • 1-2 łyżki oliwy
  • sól, pieprz
  • blender
Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Dynię hokkaido przekrój, za pomocą łyżki pozbądź się wnętrza z pestkami, miąższ razem ze skórą pokrój byle jak na średniej wielkości kawałki. Poszatkuj cebulę i czosnek, wymieszaj z dynią i oliwą, posól i popieprz, Wszystko razem na blasze do pieczenia wrzuć do piekarnika, aż dynia zmięknie (zajmie to pół godziny do 45 minut, dynia hokkaido jest naprawdę wdzięczna w obróbce).


Podgotuj bulion, wrzuć do niego upieczoną dynię, razem z cebulą i czosnkiem. Gotuj jeszcze kilka minut i zmiksuj na gładko. Jeśli lubisz bardziej kremową zupę.

Pestki dyni upraż na suchej teflonowej patelni, aż zaczną pachnieć i lekko pęcznieć.

I to niby wszystko, ale teraz czas na najważniejsze. Nałóż zupę na talerze, do każdego dodaj łyżkę zimnej, gęstej, kwaśnej śmietany. Skrop z wierzchu olejem dyniowym. Posyp pestkami.

I smakuj kontrasty. Słodka dynia, kwaśna śmietana i wytrawny, orzechowy olej. Gorące i zimne. Jak to na jesieni.


Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika One Guy With a Knife (@oneguywithaknife)



Jemy sezonowo! Jesień

5 komentarzy:

  1. Taka zupa na szarą pogodę za oknem jest świetna!

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdy kupowałem olej z pestek dyni - dość drogi - zawahałem się. Niepotrzebnie, bo zupa jest wyśmienita, najlepsza jaką jadłem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam całą książkę poświęconą "Zabawom dziecięcym" i dopiero wtedy mogłam zrozumieć ten obraz. A dzięki Twojemu wpisowi poznałam lepiej "Wesele", dzięki :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pysznie to wygląda :-)
    Zapraszam do mnie! :-)
    http://www.mecooks.com

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...