środa, 23 grudnia 2015

Janssons frestelse czyli Boże Narodzenie po szwedzku (i słowo o urokach podróbek)


Szwecję lubię za wiele rzeczy. Za spokój i przestrzeń, za kryminały, za lasy północy, w których mech sięga kolan. Ale także za szacunek ludzi dla swojego kraju, który przejawia się w tym, że się np. nie śmieci ani nie pali byle szajsem w piecu, żeby tylko mi było taniej. Gdzie płaci się podatki, choć są bardzo wysokie, bo wie się, że służą dobru publicznemu, choć niekoniecznie zawsze to ostatnie musi oznaczać własną korzyść. Gdzie szanuje się mniejszości, bo rozumie się, że słowo demokracja nie oznacza wszechwładzy większości, lecz odpowiedzialne rządy powierzone tejże większości po to, by dbała o dobro wspólne, w tym również o prawa mniejszości. I gdzie nie obnosi się na chama z własnymi poglądami i nie wbija się ich innym do głów młotkiem, bo się rozumie, że obok mnie są inni ludzie, i że oprócz moich nabzdyczonych poglądów są w życiu rzeczy ważniejsze. Na przykład Boże Narodzenie (po szwedzku Jul). Które chciałoby się spędzać z dala od ideologii i polityki wdzierających się drzwiami i oknami, panoszących się pośrodku wigilijnego stołu i dzielących ludzi na tych lepszego, i tych gorszego sortu.

Dlatego mój bożonarodzeniowy wpis będzie szwedzki. Ta potrawa od kilku lat obowiązkowo pojawia się na naszym wigilijnym (albo przynajmniej okołowigilijnym) stole. Ów świąteczny przysmak nazywa się Janssons frestelse, czyli "Pokusa Janssona". I jest to niesamowite danie. Bo wywodzi się z kuchni ludzi bardzo ubogich, ze stołów zastawianych w Skandynawii na długo przed czasami prosperity, składa się z ingrediencji nader elementarnych, a efekt daje piorunujący - bo jest w niej wszystko, co lubimy: pochodzący z ryb smak umami, tłuszcze (wmówmy sobie na potrzeby tego przepisu, że skoro spod ryby, to zdrowe), skrobia, efekty najważniejszych w kuchni reakcji chemicznych: karmelizacji i reakcji Maillarda, uwielbienie dla których mamy wdrukowane w mózgi od czasów, gdy nasi przodkowie nieśmiało wyłazili z jaskini. To takie danie, które nawet na najbiedniejszym stole oznajmia: nadszedł czas świętowania.

Jego składnikiem są anchovies. Nie, nie poprawiajcie. Wiem, że wytrawne fileciki z solonych sardeli, z których słynie Śródziemnomorze, zwą się anchois. Ale my tu, w krajach ciemnych zim i lodowatych mórz, mamy swój wariant. Nie z sardeli, lecz ze szprota (po szwedzku skarpsill) przyrządzonego w podobny sposób. Zwykle przeczytacie o tychże rybkach (w Szwecji zwanych ansjovis), że to wraże podróby, i w ogóle fuj. Ale do Janssons frestelse pod żadnym pozorem nie wolno użyć anchois. Szczęśliwie kraj, w którym żyjemy, w podróbach się specjalizuje. Nie musicie przetrzepywać półek w butiku Ikei (choć kiedyś ansjovis dało się tam kupić). Polski przemysł rybny w podrabianiu anchois radzi sobie całkiem nieźle. Poszukajcie podłużnych, zaokrąglonych puszeczek opisanych np. jako "anchovies helskie". W ostateczności kupcie drobne szproty w oleju.

Przygotowanie zajmie Wam pół godziny, pieczenie - godzinę. Jeszcze w tę Wigilię zupełnie spokojnie możecie zdążyć postawić na stole coś zrobionego według dobrych, skandynawskich wzorców.

Potrzebujesz:
  • 1,5 kg ziemniaków takich, jak na frytki
  • 2 stugramowe puszki "anchovies helskich" czy innych szprotów a'la anchois, ostatecznie szprotów w oleju. Nie pozbywaj się zalewy!
  • 2-3 cebule. Na zdjęciach jest czerwona, ale klasyczny przepis wymaga żółtej.
  • 500-600 ml śmietany 18%
  • trochę mleka
  • kilka garści bułki tartej
  • opcjonalnie 2-4 łyżki masła 
Piekarnik rozgrzej do 200 stopni. Cebulę poszatkuj w piórka. Ziemniaki obierz i pokrój w cienkie frytki. Śmietanę wymieszaj z niewielką ilością mleka, żeby ją trochę rozluźnić - do takiej konsystencji, żeby wylana na wierzch zapiekanki, niespiesznie spłynęła, ale nie żeby się od razu zlała na dno.


Ważne: pokrojonych ziemniaków absolutnie nie płucz. Spłukałbyś skrobię, za sprawą której otrzymamy spójną, chrupiącą zapiekankę. Zaś z anchovies, ansjovies, czy innych szprotów, pod żadnym pozorem nie odlewaj oleju. Zaraz nam się przyda.


Teraz sprawa jest arcyprosta. Weź dużą blachę do zapiekania albo naczynie żaroodporne, wysmaruj masłem i wysyp bułką tartą. Na dno wrzuć warstwę ziemniaków, ułóż na nich fileciki anchovies, przesyp piórkami cebuli. I na to przynajmniej jeszcze raz taką samą warstwę: ziemniaki, anchovies, cebula. Wierzchnią warstwę powinny stanowić ziemniaki.



Gdy skończysz, polej wszystko olejem spod filecików. Staraj się go rozprowadzić równomiernie. Następnie zalej zapiekankę śmietaną, a wierzch posyp bułką tartą. Jeśli nie dość ci jeszcze tłuszczu, to klasyczne przepisy zalecają na sam wierzch położyć kilka strugów masła.

I do pieca. Na godzinę.


A na Boże Narodzenie życzę Wam spokoju i przestrzeni. Wigilijnego stołu bez panoszącej się na nim ideologii. I polityki bez podróbek. A na stole podróbek tylko najlepszego sortu.


Wesołych Świąt. God Jul!

3 komentarze:

  1. Mniejsze naczynie żaroodporne i wyszły trzy warstwy.. piekło się ponad 1,5h... ale było warto!

    OdpowiedzUsuń
  2. Na widok tego dania zaszły we mnie wszystkie możliwe reakcje :-D
    Wszystkiego co najlepsze w nadchodzącym 2016 roku życzy Marzynia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nawzajem - samego dobra, i na stole i wokół!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...