środa, 16 grudnia 2015

Discomfort Food: egzorcyzmowanie brukselki


Moda się zrobiła wśród blogerstwa, żeby pisać o comfort food - co z angielska tłumaczyłoby się jako jedzenie kojące. Rozpisuje się więc blogerstwo kulinarne o potrawach swego dzieciństwa, o daniach pobudzających pamięć autobiograficzną do odtwarzania najpiękniejszych wspomnień i wzruszających śladów pamięciowych. Bo smak i zapach - zmysły ściśle powiązane - są potężnymi kotwicami dla pamięci. Comfort food ma koić nerwy, wprawiać w nostalgię i poprawiać humor, jest jakoby panaceum na - cytując klasyka - "spleen, frustrację i oddech nierówny" (W. Młynarski, "Niedziela na głównym").

Pojęcie comfort food wywodzi się z kręgu kulturowego, który w czasach naszego dzieciństwa oferował niepomiernie większą paletę smaków i zapachów, niźli nasz własny krąg Polski Ludowej. Ale pewne podstawy pozostają te same. Makaron z serem? Naleśniki z konfiturą (co z tego, że z powidłem, a nie z creme de maronnes albo z maple syrup)? Szarlotka? Schabowy z kapustą i młodymi ziemniaczkami? Jest taki wachlarz smaków (słodkie + tłuste + słone + skarmelizowane + pamiętane z dzieciństwa), który okazuje się lekiem na całe zło pod wieloma szerokościami geograficznymi.

Acz podobno nowe badania psychologów - tych fachowców od profesjonalnego pozbawiania ludzi złudzeń - dowodzą, że na pewnym etapie życia wszelkie radości dzieciństwa przestają nam smakować. Może nawet nie doceniamy rangi tego kryzysowego punktu zwrotnego: moment, w którym na smak lodów bambino w odpadającej polewie czekoladowej zareagowalibyśmy skrzywieniem, a na samą myśl o przesmażonych frytkach z papierowej torebki staje nam przed oczami nasz ostatni lipidogram, to chyba ważny komponent osiągania prawdziwej dorosłości.

Bo kto z nas w dzieciństwie nie marzył, że jak będzie duży, będzie miał całą szafkę pełną słodyczy? Być może spełniamy sobie jakoś to marzenie, kompletując barek z alkoholami i od czasu do czasu wzruszamy się smakiem żelkowych misiów. Ale gdy pamięć autobiograficzna podsuwa nam wtedy myśl, że tak naprawdę chcieliśmy być marynarzami - odpędzamy ją brutalnie.

Dlatego pomyślałem o discomfort food. Co, trzymając się logiki, tłumaczyłoby się z angielska jako jedzenie niepokojące.

Discomfort food to druga strona medalu. Jedzenie niepokojące jak niby dawno zapomniane, a jednak tkwiące w nas cierniem wspomnienie. Jak poczucie, że to, co niby dawno za nami, wciąż będzie o sobie przypominać, wytrącając nas ze stabilności. Wprawdzie zdaniem psychologów smak i zapach wyciągają z nas raczej głównie przyjemne wspomnienia (bo nasz mózg broni się przed zapamiętywaniem złych zdarzeń i przechowuje je w kawałkach, a czasem nawet wypiera), ale kto z nas nie zaznał nagłego dreszczu niepokoju, gdy zapach wątróbki przywołał nagle wspomnienie stołówkowej samotności i szkolnego stresu, a smak zupy jarzynowej sprawił, że w uszach zabrzmiało groźne "jak nie zjesz do końca, nie dostaniesz deseru!"?

Kulinarne dojrzewanie to moment, w którym bierzemy do ust pierwszą łyżkę flaczków, kiedy odwracają się smaki i kalafior czy kasza okazują się całkiem atrakcyjne, i gdy starcza nam odwagi, żeby wreszcie przełamać się do spróbowania wątróbki. Tak jak kryzys smaków dzieciństwa jest wejściem w dojrzewanie, tak przełom do smaków dorosłości może być ważnym weń krokiem.

Dlatego poskromiłem ciarki na plecach i kupiłem woreczek brukselki.


Mdła i rozgotowana, wypływająca podstępnie na powierzchnię zupy jarzynowej jak odgryzione przedramię w "Szczękach" Spielberga. Przez całe nasze dzieciństwo brukselka była traktowana z gruntu źle. Powiedzieć, że była wyścigowym rumakiem zaprzężonym do pługa - byłoby lekką przesadą, ale z pewnością była rasowym goldenem uwiązanym do łańcucha, żeby szczekał na listonosza.

Oto prosty sposób, żeby w kilkanaście minut przywrócić brukselkę swojemu kulinarnemu światu. Zawdzięczam go cyklowi You're Doing It Wrong w serwisie Slate.com

 Potrzebujesz:
  • 0,5 kilo brukselki
  • 2 łyżki dobrej musztardy - idealna byłaby musztarda Dijon, ale swojska, dobra sarepska też da radę
  • 2-3 łyżki sosu sojowego
  • trochę pieprzu
  • trochę oliwy
Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Brukselki umyj, przytnij zbrązowiałe głąby, i przetnij każdą wzdłuż na pół. Wrzuć do dużej miski. Dodaj musztardę, skrop sosem sojowym i oliwą, posyp pieprzem, i potrząśnij miską porządnie: trochę do przodu, raptownie do góry, i lekko do tyłu - tak, żeby nam brukselki podskoczyły, zatoczyły się po przedniej ściance miski, i ładnie się w dodatkach utytłały. Dokładnie jak w technice saute. Oczywiście, jeśli nie chce ci się z tym tak pieścić, możesz po prostu wziąć łyżkę i zamieszać - tylko nie porozwalaj brukselek.

Wyłóż blachę do pieczenia pergaminem i wysyp na nią brukselki tak, żeby tworzyły pojedynczą warstwę. Do piekarnika na przynajmniej pół godziny. W połowie pieczenia możesz przemieszać, a na koniec podnieść temperaturę lub włączyć grill w piekarniku, żeby się wszystko ładnie przyrumieniło.

Efekt przekona cię do brukselki. Odczaruje ją, egzorcyzmuje, wypędzi z niej złe duchy przeszłości. Będziesz chcieć jeść brukselkę teraz, zaraz, natychmiast, potem na zimno, a potem znowu.

Marynarzami już nie będziemy. Ale i tak jest fajnie.



Uwaga blogerzy! Uruchamiam akcję kulinarną: do dziś przechodzą cię ciarki na myśl o wątróbce, zupie mlecznej, szpinaku czy brukselce? Przygotuj je tak, żeby je egzorcyzmować, przepędzić złe wspomnienia, nadać im nowe smaki! Zapraszam do udziału na Durszlaku i w Zmiksowanych:

Kod należy skopiować i wstawić na swoją stronę.

  Discomfort food




Discomfort food

Discomfort food
Przepis bierze też udział w akcji:
Jesień pełna warzyw

2 komentarze:

  1. Piszesz bardzo zachęcająco. Jednak poczekam jeszcze na dorośnięcie do brukselki, tak jak i do wątróbki, i flaczków. Za to dorosłam już do śledzi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawooooooo !!!!!! co prawda do brukselki już jakiś czas temu się przekonałam, ale szukając nowego sposobu jak by ją upichcić trafiłam na Twojego posta. Pod wpływem Twoich słów wybrałam się w podróż do dziecinnych smaków i obrzydlistw, przedszkola, podstawówki, a potem szlaczkiem w dorosłość i uśmiałam się wiele razy, oraz uśmiechnęłam się kilka razy z nostalgią i ciepełkiem czytając Twoje konstrukcje słowne. Jak mawiają cud miódi orzeszki!! jak dla mnie bomba, nie mam bladego pojęcia czy cokolwiek z tego co opisujesz jest smaczne, ale ja się już najadłam czytaniem i jestem zadowolona :D Dziękuję!
    p.s. Brukselkę oczywiście sprawdzę żeby nie było ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...