poniedziałek, 11 listopada 2013

Notatki z Węgier: jesienne Villany, czyli winobranie (przewodnik subiektywny)


Jak w tym starym kawale: "Kowalski, lubicie ciepłe piwo i spocone kobiety? - Nie, szefie. - To dostaniecie urlop w listopadzie". No więc my właśnie wzięliśmy krótki urlop na przełomie października i listopada. Bo jakoś tak w tym roku wyszło, że czas, który większość cywilizowanej ludzkości nazywa wakacjami, oboje spędziliśmy w robocie. A przełom października i listopada był w tym roku, po prostu, kurczę, niewiarygodny. Pamiętacie jeszcze to słońce, to ciepło, pogodę dającą z siebie wszystko, złotą jesień na sterydach?


Plan był taki: jedziemy na jakieś zadupie, żeby nie było za dużo pokus do kompulsywnego zwiedzania. Jedziemy się snuć leniwie po okolicznościach przyrody, zresetować sobie głowy, wyłączyć telefony, z rzadka tylko i od niechcenia rzucić okiem na fejsa, a generalnie sycić zmysły przyjemnością wszelką, ze szczególnym uwzględnieniem przyjemności płynącej z wyników fermentacji alkoholowej winnych gron. Wszystkie te kryteria okazało się spełniać Villany.

Słabo w Polsce znane miejsce, bo jednak Węgry kojarzą się z Tokajem (i popłuczynami po prawdziwych tokajskich winach, sprzedawanych u nas w kiczowatych butelkach) czy Egerem (i popłuczynami po popłuczynach po winie z Eger, którym bliżej do mózgotrzepa niż do prawdziwego egri). Tymczasem Villany - miejscowość i region winiarski Villany-Siklós, położony u stóp wapiennej góry Szársomlyó, w której lessowych zboczach woda urzeźbiła malownicze parowy i wąwozy - to dla środkowoeuropejskich poszukiwaczy winnych przygód kierunek absolutnie obowiązkowy. Wapień i less - to już obietnica znakomitego dla winorośli terroir. A jeśli dodać do tego, że uprawia się tam klasyczne, szlachetne gatunki winorośli, i to już od czasów rzymskich, Villany zaczyna się jawić jako kraina marzeń. A do tego przyrodniczy rezerwat w sąsiedztwie, kilometry szlaków wytyczonych naprzemian przez lasy i winnice, obietnica oglądania winnic w jesiennych odcieniach rozpiętych między złotem a burgundem, rozkoszna prowincjonalność i położenie z dala od wszystkiego (ze szlachetnym wyjątkiem miasta Pecs, które odwiedzić trzeba koniecznie) - i czy wspomniałem już, że w tym roku słońce grzało tam jak w lipcu?

Sami rozumiecie.

Przełom października i listopada to taki moment, kiedy w niektórych winnicach trwają jeszcze zbiory, w innych krzewy są już prawie puste, gdzieniegdzie wiszą tylko pojedyncze kiście muskatu bądź hárslevelű, czekające na szlachetną pleśń botrytis cinerea, która zamieni je w bure, słodkie rodzynki. Pogoda w tym roku dała z siebie wszystko (chcąc nam zapewne zrekompensować temperatury wahające się między  6 a 10 stopni, jakie zafundowała nam w maju w Toskanii) i w efekcie był to też czas najbardziej odjazdowej jesieni, jaką można sobie wyobrazić.


Pomyślcie. Hektary koloru spływające po łagodnych zboczach, plamy złota, burgunda, brązu, nawet fioletu (dalej nie będę szarżował, bo faceci rozróżniają tylko 16 kolorów. A burgund to przecież gatunek wina, a nie kolor). Szlaki wytyczone przez masyw Harsányi-hegy, pozwalają na długie kilometry zaszyć się w lesie, by nagle wyjść prosto w winnice, z nich zejść do na w pół opustoszałej osady budowanych na zboczu piwniczek o białych frontach, stawianych w znacznej mierze przez dawnych niemieckich plantatorów, potem znowu do lasu, do winnic. Szliśmy sobie tak na przykład szlakiem między Nagyharsányi a Palkonyą, buszując w barwach, gdy raptem niebieski szlak doprowadził nas prosto do posiadłości Vylyan - producenta jednych z najlepszych dostępnych tu win. Finał wycieczki absolutnie wymarzony - i, by tak rzec, spełniony, bo gdy się już zobaczyło winnice, poczłapało po terroir, podkradło kilka gron z krzewów, chciałoby się zobaczyć do czego to wszystko prowadzi. A prowadzi do świetnie zbudowanych czerwonych win, które nie muszą się kłaniać Francuzom czy nawet Włochom, a na Nowy Świat w znacznej mierze mogą spoglądać z wyższością.

Albo w Palkonyi - maleńkiej wiosce, w której żyje dziś ledwo 360 mieszkańców, a gdzie na zboczu pobudowano rzędy malowniczych piwniczek. Wszystko pozamykane, bo popołudnie po sezonie ma na prowincji swoje prawa - ale nie, okazuje się że jeden z winiarzy właśnie przyjmuje gości. Częstuje swoim kupażem cabernet sauvignon i cabernet franc, który - okrągły, szlachetnie owocowy i starzony w starej beczce, więc bez przesadnych tanin, za to z cieszącymi akcentami czekolady - przypomina znakomite bordeaux. Od słowa do słowa dogadujemy się, że producent ten - Hárságyi pince - bywa na rozmaitych targach i winnych imprezach w Krakowie, a co więcej, właśnie podpisuje kontrakt z jedną z polskich sieci delikatesów. I to dopiero jest świetna wiadomość!

Palkonya
Wybiegawszy się po wzgórzach, popołudnie należy obowiązkowo spędzić na ekspansywnej, nieposkromionej i radosnej degustacji. W Villany wielogodzinna eksploracja możliwa jest w promieniu kilkudziesięciu metrów. Ulica Baros Gabor to ciąg piwniczek przypominających małe chatki czy stodółki - każda oczywiście posiada podziemia, o których zawartość w całym przedsięwzięciu się rozchodzi. Jak to zawsze w regionie winiarskim - są tu producenci słabi, obiecujący i znakomici. W orientacji może pomóc wprowadzona tu klasyfikacja (na niektórych piwniczkach znajdziemy ceramiczne tabliczki z punktacją - jedna, dwie lub trzy kiście). Ale do Villany najlepiej przyjechać na kilka dni i klasyfikację - metodą organoleptyczną - ułożyć sobie samodzielnie.

Poniżej kilka sugestii - są to sugestie absolutnie subiektywne, bez silenia się na ą i ę, na wydziwianie somelierską nowomową, i na pewno niekompletne. Ale po prostu opisują to, co Lepsza Połowa i ja znaleźliśmy w kieliszkach, co nas w nich ucieszyło, zaskoczyło i co z czystym sumieniem możemy polecić.

Vylyan

| Kisharsány, Fekete-hegy
Może nie król, ale na pewno delfin villańskich winiarzy. W samym Villany jego piwniczki nie znajdziecie - winnca znajduje się w Kisharsány, na zboczach Fekete-hegy - ale jego win można się napić np. w restauracji Hétfogás Fogadó. Można próbować po kolei i na ślepo, z nieodmiennie przyjemnym  efektem, zwrócę więc tylko Waszą uwagę na tegoroczne Bogyólé. Tak jest: młode wino, na które teraz właśnie jest czas. Bogyólé 2013 od Vylyana, pełne oczekiwanej w takim winie truskawki i maliny, ma jeszcze równowagę i elegancję, której przeważnie brakuje rozbrykanym i gaworzącym beaujolais nouveau. Lepsze od wszystkich beaujolais, które piłem.
Ale to nie koniec tegorocznych sukcesów: na pewno na uwagę zasługuje KAKAS Rosé 2013 - otrzymywane z kupażu merlota i kadarki, jest kompletnie zaskakujące: zamiast kwiaciarni, perfumerii, i sugestii cukierni, których można się zwykle po różowych winach spodziewać, to rosé jest wręcz powściągliwe, męskie, mineralne.
Goszcząc w winnicy Vylyan, zapytajcie też o wina ze szczepu Cabernet Franc - to popularny tutaj szczep, ale tutejszym winiarzom przeważnie wychodzi z niego mocno niezrównoważone wino o ciężkich nutach przypalonych konfitur śliwkowych, i o taninach kojarzących się ze ssaniem torebki ekspresowej herbaty. Zaś Franc od Vylyana jest mocno owocowy i pięknie prezentuje tutejszy terroir, zdradzając nuty wręcz apteczne.

Szende Pince

| Villány, Baross Gábor u. 87
Nasz numer dwa. To zdecydowanie najlepszy adres, jeśli chcecie kupić wina w ilościach bardziej hurtowych, toczone prosto z beczki. U innych producentów, jeśli się to Wam w ogóle uda, dostaniecie trunek podrzędny. Szende Pince do dwulutrowych plastików i pięciolitrowych kartonów nalewa znakomite, dojrzałe, świetnie zbudowane wina, które Was nie zawiodą po powrocie do domu (znacie tzw. "efekt winnicy"? Zachwycacie się u winiarza, kupujecie mnóstwo wina, wracacie do domu i... cóż, to już nie to samo). W Szende Pince dzielnie uwija się potomstwo właściciela, które w dodatku komponuje własne kupaże, i robi to ze świetnymi efektami - pytajcie o wina Gabor i Karina Cuvee. Możliwe, że poda je Wam we własnej osobie Karina, ujmująca winemakerka o rudych lokach.
Nasze typy:
Cabernet Franc 2008 - zaskakuje już pierwszym nosem, bez ceregieli uderzając perfumą: woda różana, głóg, dzika róża, jałowiec, ale też apteczne zioła. W drugim nosie wzmacniają się apteczne nuty (cukierki na gardło! - wykrzykujemy znad kieliszka. Karina unosi brwi), by wreszcie, niespiesznie i majestatycznie, wkroczyły na scenę czerwone owoce. W smaku syrop na gardło jałowiec i lipa, czerwone owoce bardzo powściągliwie.
Versus 2009 (kupaż po 50% Cabernet Sauvignon i Cabernet Franc) - w pierwszym nosie karmel i śmietanka. Lepsza Połowa orzeka: fudge. Brak czerwonych owoców zdradza, że w tym kieliszku rządzi Sauvignon. Franc wychodzi w drugim nosie (patrz wyżej :) ). Pojawia się zimna nuta mentolu. Dobrze rozkręcony kieliszek uwalnia nuty śmietany, a następnie... lodów truskawkowych. W smaku najpierw fudge, potem lody owocowe, ale pojawią się też delikatne sugestie gotowanego mięsa (!). W końcówce marmolada z czekoladą.
Gabor 2009 (starzony w beczce Portugieser) - dzieło brata Kariny. W pierwszym nosie pestka i dąb, wiśnia w czekoladzie. Otwiera się nieśmiało i powoli, kokietuje (zwłaszcza, że na etyciecie kokietuje urodą idola nastolatek Gabor we własnej osobie). Drugi nos tajemniczy, nie odsłania się od razu. Po kolei zjawiają się igliwie, jałowiec, rozmaryn, lukrecja, na koniec - brwi do góry, uśmiech szeroko - pieczone jabłko. Przełykliwy niezwykle, raz dwa znika z kieliszka, w którym na koniec pozostawia trzeciemu nosowi przyjemną, słodką marmoladę śliwkową z nutami gruszki. Czapki z głów i po dolewkę.
Wspomnijmy jeszcze o białym, toczonym z beczki Olasz Riesling z miłymi, białymi owocami, winnym jabłkiem, potem miodem wielokwiatowym - i już wiemy, że do Szende Pince będziemy wracać.

Fritsch Pince

| Villány, Baross Gábor u. 97
Rustykalne wnętrze, zastawione dzbankami i ceramiką. Winiarz - olbrzymie chłopisko w granatowych ogrodniczkach - wynurza się z piwnicy z butelką Syrah 2010 (tak tak, w tym regionie uprawia się także Syrah!). Kieliszkami obracamy nieufnie, bo w pierwszym nosie były kompletne nudy. Ale gdy poświęcić temu winu trochę uwagi, zaskakuje nagle smakiem fudge zanurzonego w wiśniowym chutneyu - gdy uwolnione nagle aromaty wytrawnej wiśni, karmelu, śmietanki, grają równocześnie zaskakujący tercet. A potem napływają kolejne jesienne, beczkowe nuty: badyli palonych w ognisku, wędzonego torfu. To wino też przyjechało z nami do Polski i wypiliśmy je łapczywie natchmiast po powrocie.
Tymczasem próbowaliśmy dalej. Merlot u Fritscha jest kanonicznie owocowy, choć pierwszy nos też niewiele zapowiada, to w drugim zjawiają się wiśnie, które będą nam towarzyszyć do końca kieliszka. Ale nie, to nie wiśnie - to domowy sok wiśniowy! Zaś tutejsze Cabernet Franc łomocze wprawdzie od samego początku wspomnianym powidłem śliwkowym, ale to nie jest bynajmniej nieprzyjemne, choć w ustach pozostawia wrażenie lepkiej słodkości. Bo to nie tyle przesmażone powidło, co uwędzona w dymie śliwka.

Blum Pince

Villány, Baross Gábor u. 103
Prawie na końcu ciągu winniczek przy ulicy Barossa, mieści się lokal winiarzy z pobliskiej miejscowości Villánykövesd (mija się ją po drodze z Villany do Palkonyi, tu też znajdziemy ujmujące szeregi staroświeckich piwniczek). Wstępujemy tu na wrażenia zupełnie inne - po Muskat Ottonell. Bucha on w nos egzotycznymi owocami, marakują, w smaku słodkie nuty równoważy ładna kwasowość. A gdy już się narozkoszujemy muszkatową perfumerią, nagle bęc! - na samym środku języka pojawia się przyjemna, orzechowa goryczka pestki. Jeśli przypadkiem jesteś miłośnikiem białych win w stylu nowoczesnych win tokajskich, który fatalnie pomylił się na dworcu w Budapeszcie i niechcący przyjechał do Villany, wal prosto do Blum Pince.

Günzer Tamas Pince

Villány, Baross Gábor u. 79
Pan Tomasz w swojej bogato ilustrowanej karcie win załącza historię rodzinną - o tym, jak dostał od ojca winnicę i przykazanie, że winiarza powinna cechować pilność i skromność, i o tym, jak winnicę rozbudował i do czego pilnością i skromnością doszedł. Na pewno nie można tego panu Tomaszowi odmówić - gdy wyjeżdża się z Villany w kierunku Siklos, mija się po lewej imponujący, nowoczesny budynek jego winiarni. Z win warto tu spróbować kupażu o nazwie Stylus (po połowie Sauvignon i Merlot), w pierwszym nosie mającego jabłka trzymane w piwnicy, ale już w drugim odważniejsze czerwone owoce, zaś w smaku klasycznie zbudowanego - to wino dla konserwatystów. Ciekawie jest też spróbować Kadarki (2011) - chcieliśmy zrobić eksperyment, bo to wino kojarzy się nam ze studenckimi czasami i tanimi jak barszcz flaszkami o nutach... hm, no właśnie: zakwasu na barszcz. Chcieliśmy więc posmakować prawdziwej kadarki. Efekt był połowiczny: niby, gdy już ustąpi nieprzyjemna cierpkość z pierwszego nosa, pojawiają się owoce zmierzające konsekwentnie w stronę czerwonej porzeczki, a także jałowiec, odrobina czekoladowych nut z beczki i śmietanki z fermentacji malolaktycznej. Ładnie się otwiera, by tak rzec: uszlachetnia się w miarę oddychania. Ale ogólne wrażenie jest jednak takie, że nie bez kozery kadarka nigdy nie zrobiła kariery jako wielki szczep.
Za to bardzo ciekawie jest tu spróbować znanego raczej z Tokaju szczepu Hárslevelű (w angielskojęzycznej wersji karty znajdziecie go jako "Linden Leaf", czyli "lipowy liść", bo to dokładnie oznacza jego węgierska nazwa). Ten sam szczep - jakże diametralnie różne wrażenia. Z Tokaju wina z Hárslevelű pamiętamy jako egzotyczne, kwieciste i lekkie, tutejsze Hárslevelű jest ciemne jak gryczany miód (piękny widok: płynne złoto w kieliszku) na języku ciężkie i tłuste wręcz, a w nosie praktycznie pozbawione owoców, za to z monofoniczną nutą terpentyny. Spróbować trzeba, dużo to zderzenie mówi o sztuce winiarskiej.

7773 BorBar

Villány, Baross Gábor u. 83
Przy tej samej ulicy, w ciągu tych samych, praktycznie identycznych z zewnątrz piwniczek, trafiamy do miejsca diametralnie innego. Przekroczywszy próg, przecieramy oczy. Jesteśmy w zupełnie innej bajce. Zamiast rustykalnego wnętrza i drewnianych ław mamy designerski, nowoczesny klub (no dobrze... designerski, nowoczesny klub na modłę minimalistycznej mody sprzed kilku lat :) ). Atmosfera kompletnie inna (i chyba trochę onieśmielająca dla typowego targetu winiarzy z Villany, bo w porównaniu z konkurencją w 7773 jakby pustawo). Ale wina - bardzo, ale to bardzo satysfakcjonujące.
Weźmy np. Portugieser 2012 - do pieczonego jabłka w pierwszego nosa dołączają w drugim nosie czerwone owoce, a potem suszona śliwka - ale kalifornijska, nie wędzona, słodka. W smaku jabłko i śliwka, trochę słodkawy ale to nie wina cukru lecz dość niskiej kwasowości, jak się zdaje. Słowem - to najlepszy z Portugieserów, które próbowaliśmy w Villany, pod warunkiem że lubisz nisko kwasowe wina. W trzecim nosie zostaje wspomniana śliwka kalifornijska z odrobiną tytoniu. Pycha.
A Kadarka 2009 ma tutaj kolor jak Pinot Noir - ruda i jasnawa, za to już w pierwszym nosie uwalnia ciemne, beczkowe nuty z czekoladą, ale czekoladą mleczną. Owoców nie ma zupełnie. Dopiero w drugim nosie pojawi się wiśnia i śmietanka. W smaku dość twarde taniny, kanoniczny smak dobrze zbudowanego wina, w trzecim nosie zostaje krówka (cukierek, nie zwierzę, na szczęście). Rety, że też kadarka może tak smakować!
Na koniec Cabernet Sauvignon z 2011 roku, w pierwszym nosie rasowy, owoców brak, jest za to zimny mentol. W drugim nosie dołączą drewniane trociny, na koniec zjawią się ciemne, jagodowe, czerwone owoce.
Dodatkowy plus za filuterną nazwę: 7773 to kod pocztowy Villany.

Hárságyi Pince

Palkonya, Pincesor 23
O kapitalnym winemakerze z Palkonyi już była mowa, ale trzeba go tu dla porządku - i z przyjemnością - przypomnieć. Niestety, kanonicznie bordoskiego kupażu Birtokbor 2009, którego próbowaliśmy, już raczej nie dostaniecie, zapasy skończyły się z kretesem, ale będą inne! Lada chwila do starych beczek z węgierskiego dębu powędruje kompletnie zaskakujące Pinot Noir z winnic znajdujących się w najcieplejszym miejscu na Węgrzech - to wino, które samo z siebie dało aż 17 procent alkoholu, i choć cukru rezydualnego minimalne w nim ilości, formalnie jest wytrawne, to jednak alkohole uruchamiają odczucie przedziwnej słodyczy. Ciekawe, co z tego wina wyrośnie, gdy dojrzeje.

No dobrze - pytali nas przyjaciele, gdy wysyłaliśmy z Villany do Polski entuzjastyczne esemesy. - Wino winem, ale jakie macie zakąski? No więc tu zaczynają się schody.

Ale o tym w następnym wpisie.







1 komentarz:

  1. Witam,przeczytałam spróbowałam-dziękuję.Przywiozłam pełny bagażnik

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...