poniedziałek, 9 stycznia 2017

Chałka wytrawna – o świętym pieczywie i rzeczach naprawdę ważnych [WIDEO]


Raz do roku, w wigilię, na wiele naszych stołów trafia chałka nie słodka, posypana kruszonką, lecz wytrawna, z chlebowego, pszennego ciasta. Doskonale pasuje do ryby, zwłaszcza w galarecie - to ważne. Ale ważniejsze, że świadczy ona o łączności między naszymi dzisiejszymi tradycjami, a tradycją żydowską, z której to świąteczne pieczywo przejęliśmy.

Chałka rzecz święta. Ozdobne, wyplatane pieczywo zna wiele kultur i tradycji, ale w każdym przypadku szykowano je na szczególną okazję. Wesela, rolnicze święta, momenty narodzin i śmierci, przejścia i zamknięcia się cyklu - miały swoje kołacze, korowaje, wieńce, szyszki, gąski, kukiełki, chałki. Jakby chleb - symbol przemiany i życia, wymagał też swojego wzoru, swojego splotu.

Rozmawiałem kiedyś z pewnym mądrym rabinem, który opowiadał mi o związanej z chałką micwie, czyli wymogu tradycji i dobrym uczynku: otóż micwa challah wymaga, by piekąc szabasową chałkę, oddzielić część ciasta i upiec zeń placek dla kapłana, który był zwykle człekiem ubogim. Gdy nie można było tego przepisu spełnić, placuszek z pieczywa spalano w ofierze. „Co z tego przychodzi, oprócz zapachu spalenizny w domu? – śmiał się rabin. – Lepiej przeznaczyć część dochodów na cele dobroczynne”. Bo taki był sens micwy: dzielenie się chlebem, a więc dzielenie się tym, co najważniejsze i najcenniejsze. „Czasem jesteśmy zbyt ortodoksyjni – a mówię to jako ortodoksyjny rabin!” – zaznaczył.

Tego Wam życzę na Nowy Rok: rozróżnienia między tym, co zastane, co z przyzwyczajenia, co wygodne i nietrudne – a tym, co naprawdę ważne. I jeszcze: niech Wasze ważne momenty mają swoje unikatowe, piękne wzory i sploty: choćby miały być niełatwe.

A dla niejakiego ułatwienia zapraszam na tutorial – jak upleść chałkę:

sobota, 29 października 2016

Kaiserschmarrn – o tym, że nawet gdy danie się nie uda, wciąż może smakować cesarzowi


Kiedy w Austrii po raz pierwszy usłyszałem o tamtejszym przysmaku, być może najdziwniejszej formie naleśnika na świecie, i o tym, że w dodatku nazywają go tam Kaiserschmarrn – co trzeba byłoby chyba przełożyć jako „cesarskie dziadostwo” – pomyślałem, że musiało być tak:

Za czasów miłościwie nam panującego Cesarza Franciszka Józefa jego szef kuchni postawił był sobie za szczytny cel usmażyć najgrubszego i największego naleśnika świata. Czym to się mogło skończyć wie każdy, kto mierzył się z przewracaniem na drugą stronę za dużego omletu: wszystko się, rzecz jasna, rozwaliło w szmelc. A że czasu nie było, że Franz Josef już przy stole siedział i nogami w kapciach nerwowo przytupywał, szef kuchni pożegnał się z załogą, polecił przekazać żonie, że ją kocha, przełknął ślinę, i pogodziwszy się ze swoim losem, zaniósł stertę porozrywanych i miękkawych, dla niepoznaki posypanych cukrem pudrem strzępów ciasta naleśnikowego na stół Najjaśniejszego Pana. Ku zdumieniu nieszczęśnika – o, losie! – Najjaśniejszemu Panu smakowało.

A jak było w rzeczywistości?

środa, 5 października 2016

Zupa dyniowa odkryta na nowo (oraz notatki z Bruegela)


Nie pierwszy plan, na którym pacholę w czerwonym kaszkiecie z pawim piórem zapamiętale wcina podpłomyk, oblizując palec, jakby miało się tym kawałkiem pieczywa nasycić za wszystkie czasy; nawet nie plan główny, gdzie dwóch posługaczy o szerokich plecach wnosi na wyjętych z zawiasów drzwiach osiem mis zupy pomarańczowego koloru, zupy, która ma być główną bohaterką dzisiejszego wpisu; i nie nurtujące historyków sztuki pytanie, gdzie się podział pan młody – sprawia, że na długo zatrzymuję się przed „Wiejskim weselem” Pietra Bruegela Starszego. Nie. Tym, co mnie zatrzymuje, co sprawia, że nie mogę od tej XVI-wiecznej flamandzkiej sceny rodzajowej oderwać wzroku, jest nierzucająca się w oczy, acz zaznaczona przez malarza wyraźnie panna młoda, zasiadająca przed seledynowym kilimem, z papierową niby-koroną nad głową. I wyraz jej pyzatej twarzy.

sobota, 6 sierpnia 2016

Pochwała żywności z chemią. Serio. I przepis na crème brûlée z parmezanem (UWAGA! ZAWIERA E-621!!!)


Znacie niejaką Vani Hari? Twórczość tej pani, znanej w USA jako Food Babe i prowadzącej blog pod takim samym tytułem, jeszcze do nas szczęśliwie nie dotarła. Ale tylko patrzeć, jak któreś pismo, wydawnictwo albo telewizja odkryje, że jej modus operandi przyciąga tłumy, i spopularyzuje ją bądź sklonuje. Bo jej metoda jest niezawodnie skuteczna.

Vani Hari przedstawia się jako aktywistka i ekspertka w dziedzinie żywienia, choć nie ma w tym kierunku żadnego przygotowania (z wykształcenia jest informatyczką). Ten zarzut odpiera zapewnianiem: „I never claimed to be a nutritionist, I'm an investigator”, choć na jej blogu na stwierdzenie „As a nutritionist, I often get asked...” wpadłem niemal od razu. Food Babe zajmuje się ujawnianiem straszliwych praktyk przemysłu spożywczego, który do chleba dodaje kawałki mat do jogi, i smoły do makaronu z serem. Wszczyna kampanie, wywołuje wojny z koncernami, do których mobilizuje tłumy. Bo kto by się nie dał zmobilizować, usłyszawszy, że jedząc lody waniliowe, tak naprawdę liże odbyt bobra?

poniedziałek, 23 maja 2016

Tarta ze szparagami. Ładne żarcie w brzydkim kraju


Miałem ci ja zawsze takie prowincjonalne marzenie. Żeby któryś z tych telewizyjnych foodiesowych celebrytów, co to jeżdżą się zachwycać lokalnymi wiktuałami a to do Wietnamu, a to do Szwecji, Izraela czy na południe Francji, zrobił kiedyś odcinek swojego programu tu, u nas, nad Wisłą. Fajnie by było, myślałem, zobaczyć oczami kamery kulinarnej telewizji Kleparz czy Halę Mirowską, steki u Ed Reda, maczankę krakowską w food trucku Andrusa czy rydzowy żur w Starym Domu Zdrojowym w Wysowej, nawiedzić serowarnię Rancza Frontiera albo masarnię pana Mądrego w Nowej Wsi Szlacheckiej koło Liszek. Fajnie by było zobaczyć taki koncentrat, ekstrakt tego, jak Polska się niesamowicie kulinarnie zmienia, rozwija i rozkręca.

Na marzenia, uczy stare ludowe porzekadło, należy uważać - bo bywa, że się spełniają. No więc się doczekałem.

Simon King i Dave Myers w Polsce / źródło: HairyBikers.com
Polski odcinek cyklu „Kudłaci Kucharze – wokół Bałtyku” (The Hairy Bikers' Northern Exposure) poznałem bezbłędnie po pierwszych klatkach: Dave Myers i Si King pośród chaszczy i samosiejek przetaczają się chybotliwie przez niestrzeżony przejazd kolejowy po dziurawym asfalcie. Jadą przez Polskę zielono-żółto-czerwonych szyldów chwilówek i sieciówek, Polskę barów, których oferta jednogłośnie brzmi "TANIO!", jadą przez Polskę skwaszonych, uciekających wzrokiem sprzedawczyń z gdańskiego bazarku i toruńskiego sklepu z piernikami, Polskę pustakowych zagród, eternitowych strychów i barokowych ogrodzeń z gazobetonu, Polskę ekranów akustycznych, Polskę gigantycznych szmat reklamowych rozwieszonych na fasadach średniowiecznych miast, Polskę językowych analfabetów, na której bezdrożach wytacza się na Bikersów panna młoda z okrzykiem "wódka!".

Wyprawę kończą w Białowieży, zdążając ugotować bigos u podnóża Puszczy Białowieskiej, zanim ją wytną minister środowiska z leśnikami.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...