niedziela, 23 lutego 2014

Cupcakes: czekolada+chili pod pudrem z dzikiej róży i z... buraków



Urodziny Lepszej Połowy, sami rozumiecie. Niech mnie to usprawiedliwi - że niby facet z nożem, że niby męskie gotowanie, a tu nagle, kurde, babeczki. Chciałem po urodzinowym obiedzie zaserwować coś nowego (no bo ile można wpierniczać crème brûlée, ja się pytam?) Zacząłem się więc rozglądać po znakomitych blogach, a jednocześnie w tyle głowy miałem myśl, że jestem chyba jednym blogerem kulinarnym, co go ominął w pewnym momencie szał na cupcakes.

Bo słodkie to ja owszem, od czasu do czasu, ale wytrawne chętniej. A modę na cupcakes odbierałem zawsze jako robienie sobie jaj z muffinów. W ogóle mnie nie ruszało, że cupcake'i takie słitaśne, urocze, że do kubusia kawusi w starbusiu pasują i tak dalej. A równocześnie spoglądałem z zazdrością źle ukrywaną na te wszystkie frymuśne dziełka sztuki, które koleżanki i koledzy Blogerzy wrzucali do sieci, sprawiając, że moje wewnętrzne dziecko beczało wniebogłosy, tłukąc zabawkami o szczebelki mojego wewnętrznego kojca.

Kiedy więc wymyśliłem, żeby Lepszej Połowie zaserwować endorfinowy odpał, a żeby równocześnie było w tym coś nowego, niespodziewanego, a żeby wszystko było jeszcze z grubsza jako tako ładne - zebrałem trochę inspiracji i wyszło mi następująco...

piątek, 21 lutego 2014

Projekt chleb [level 3]: bochen na zakwasie - improwizowany i niezawodny


Ciągle uczę się chleba. A od ostatniego chlebowego wpisu wiele, bardzo wiele się zmieniło. Właściwie: zmieniło się wszystko.

Pamiętacie: w poprzednich dwóch odcinkach doszliśmy do ściany. Wycisnęliśmy wszystko z drożdży piekarniczych, co się z nich wycisnąć dało. Bochen był fachowy. Pachniał, wyglądał i zachowywał się jak wzorzec chleba z Sevres, ale to jednak ciągle nie było to. Czegoś mu brakowało.

Jeden z rozmówców Michaela Pollana w książce "Cooked" ujmuje rzecz następująco: utocz z miękiszu chleba kulkę i weź ją do ust. Co czujesz? Czy zaczynasz się ślinić? Jeśli tak - chleb jest dobry. W tym właśnie rzecz: w zakwaszeniu. To ono odróżnia ciasto chlebowe od ciasta drożdżowego. To ono sprawia, że chleb na zakwasie nie tylko jest nieporównywalnie smaczniejszy, ale też zdrowszy. Nie wspominając już o tym, że prawdziwszy.

Chleb na zakwasie to coś, co ludzkość doskonaliła przez ostatnie pięć tysięcy lat, gdy ktoś - wedługg niektórych teorii stało się to w Egipcie, ale najprawdopodobniej, jak to zwykle bywa, odkrycia tego dokonało wiele kultur równocześnie - dopuścił do fermentacji ciasta na podpłomyki. Przez ostatnie pięć tysięcy lat korzystaliśmy nieświadomie z fenomenu natury, jakim jest symbioza pewnych, które wyewoluowały razem z nami, ludźmi, i które odpowiadają za smak jednego z najbardziej archetypicznych i symbolicznych pokarmów ludzkości. Dopiero sto pięćdziesiąt lat temu Ludwik Pasteur ogłosił, że za magiczno-boski proces fermentacji odpowiadają drobnoustroje, a zaledwie niespełna pół wieku temu odkryto, co to za mikroorganizmy i jak działają.

Teraz, po pięciu tysiącach lat, ludzkość raptem postanowiła zastąpić ten cud natury, archetyp kultury, smakołyk i dar - chemiczną gąbką sprzedawaną przez przemysł spożywczy w foliowych workach, sztucznym wyrobem, który odpowiada za epidemię otyłości, celiakię i nowotwory układu pokarmowego - co tylko potwierdza hipotezę, że być może drobnoustroje odpowiedzialne za wyrastanie chleba to system o wiele bardziej inteligentny niż ludzkość.

Nie pozwólmy na to. Zwłaszcza, że zabawa z chlebem na zakwasie to naprawdę świetna poznawcza przygoda, nagrodzona w dodatku smakowitym rezultatem. Do roboty więc. Zapraszam na odcinek trzeci chlebowej odysei.

niedziela, 2 lutego 2014

Projekt chleb [level 2]: razowy chleb bez wyrabiania


Jedziemy dalej. Trochę czasu minęło od pierwszego odcinka chlebowej odysei - wybaczcie, to były tygodnie obłąkańczo wręcz zawalone pracą. Ale to idealna okazja, żeby zabrać się za chleb, którego przygotowanie trwa długo, ale nie jest czasochłonne. To możliwe? Możliwe. W cytowanej ostatnio przeze mnie bez przerwy książce Michaela Pollana "Cooked" pojawia się kapitalne zdanie:
Robienie chleba
wymaga wiele czasu.
Ale w większości nie jest to twój czas.
Moim pierwszym podejściem do robienia chleba w życiu był świetny przepis, który z czeluści internetu wyłowiła niezastąpiona Liska, gdy jeszcze prowadziła "Pracownię Wypieków". Wychodził z niego pszenny bochenek, od którego synestezje szły w tango, węch chichotał w ekscytacji, a smak mruczał. Ale czy da się w ten sposób zrobić chleb razowy? Sprawdźmy.
Czelendź: chleb. Odcinek drugi.

środa, 8 stycznia 2014

Projekt chleb [level1]: szybki chleb razowy na początek


No więc chleb. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby przygotowanie czegokolwiek w kuchni sprawiało, że człowiek czuje się tak cholernie dumny, jak w przypadku chleba. Własnoręcznie wymiętoszonego, dopieszczonego, omodlonego w trakcie wyrastania i pieczenia. Podejść pod chleb robiłem już całkiem sporo, na temat chleba produkowałem się nawet całkiem niedawno (tutaj). I wszystko fajnie, pszenny czy pszenno-żytni, foremkowy czy toskański - dawało radę. Pyknąć foccacię, pitę czy manakisz - też. Ale - tu wyznanie - na produkcji zakwasu poległem. Kompletnie. Pół internetu się rozpisuje o tym, jakie to łatwe, jak się zakwasy dokarmia, jak im te ich zakwasy jedzą, rosną, kwilą i, cholera, ząbkują. U mnie - lipa. I druga sprawa: chleb razowy. Wychodził, dawał radę, ale do pełnej radości, satysfakcji i poczucia, że to właśnie to - wciąż czegoś brakowało. Więc robienie chleba zacząłem traktować jako sport uprawiany raczej rekreacyjnie niż zawodniczo.

Aż nagle wpadła mi w ręce pewna książka. I nie, nie była to książka kucharska traktująca o chlebie. Ale ustawiła mnie ona trochę. Pomyślałem - wezmę się za chleb jeszcze raz. Metodycznie.

Zacząłem najprościej. Od razowego bochna w wiejskim typie. Przepis, który wybrałem (z książki Ulrike Skadow "Chleb. Domowy wypiek", wyd. RM), zakładał użycie drożdży piekarskich i obiecywał nieduże czasy wyrastania, a ja miałem akurat tylko pół soboty. Temat chleba został tym samym ponownie otwarty.

A więc quest. Czelendż. Chleb. Odcinek pierwszy.

środa, 1 stycznia 2014

Sylwestrowa tarta z porami i życzenia na Nowy Rok



To było w sylwestrowy wieczór, w samochodzie. Wracałem z pracy, zbliżała się dziewiętnasta. Siąpił deszcz, wycieraczki rozmazywały go na przedniej szybie. W żołądku świdrował głód, potęgowany myślą o zbliżającej się sylwestrowej kolacji i butelce toskańskiego sangiovese czekającej w piwnicy. W radiu leciały durne hiciory, o których za miesiąc nikt nie będzie pamiętał, a do których słowa pisał zapewne jakiś średnio błyskotliwy przedszkolak. Z ulgą powitałem więc przerwę na wiadomości.


I wtedy właśnie wzięła mnie cholera.

"Coraz mniej Polaków traci czas na gotowanie przed sylwestrową zabawą" - zagaił spiker ogłaszając, że hitem tegorocznych domowych imprez sylwestrowych - a to właśnie w domu większość Polaków, w tym ja, spędza Sylwestra - jest catering. "Panie domu doceniają korzyści płynące z zamówienia gotowych potraw. Zamiast przed sylwestrową zabawą tracić czas w kuchni, wolą podać gotowe potrawy" - ogłosiło publiczne, polskie radio, za moje pieniądze z abonamentu (cały news jest tutaj >> ). Szczerze mówiąc mam nadzieję, że kolega dziennikarz, który przygotował ten materiał, ma dzisiaj kaca.

Cholera wzięła mnie po dwakroć. Bo w tej wiadomości było wszystko, całe piekiełko polskiej kuchni. Po pierwsze, ta wiadomość zakładała że od gotowania są kobiety, owe stereotypowe do bólu trzustki "panie domu". Po drugie, zakładała że gotowanie to strata czasu.

Mój plan na Sylwestra to była przygotowana wspólnie w domu kolacja z Lepszą Połową. Żeby razem w kuchni odpocząć, spędzić wspólnie czas i sprawić sobie przyjemność. Między innymi za pomocą tej tarty z porami.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...