sobota, 6 sierpnia 2016

Pochwała żywności z chemią. Serio. I przepis na crème brûlée z parmezanem (UWAGA! ZAWIERA E-621!!!)


Znacie niejaką Vani Hari? Twórczość tej pani, znanej w USA jako Food Babe i prowadzącej blog pod takim samym tytułem, jeszcze do nas szczęśliwie nie dotarła. Ale tylko patrzeć, jak któreś pismo, wydawnictwo albo telewizja odkryje, że jej modus operandi przyciąga tłumy, i spopularyzuje ją bądź sklonuje. Bo jej metoda jest niezawodnie skuteczna.

Vani Hari przedstawia się jako aktywistka i ekspertka w dziedzinie żywienia, choć nie ma w tym kierunku żadnego przygotowania (z wykształcenia jest informatyczką). Ten zarzut odpiera zapewnianiem: „I never claimed to be a nutritionist, I'm an investigator”, choć na jej blogu na stwierdzenie „As a nutritionist, I often get asked...” wpadłem niemal od razu. Food Babe zajmuje się ujawnianiem straszliwych praktyk przemysłu spożywczego, który do chleba dodaje kawałki mat do jogi, i smoły do makaronu z serem. Wszczyna kampanie, wywołuje wojny z koncernami, do których mobilizuje tłumy. Bo kto by się nie dał zmobilizować, usłyszawszy, że jedząc lody waniliowe, tak naprawdę liże odbyt bobra?

Metoda Food Babe polega na mieszaniu prawd (tłuszcze trans szkodzą) z bredniami (odbyt bobra) lub zwodniczymi uogólnieniami (jedzenie żywności z dodatkiem kastoreum, zamiennika wanilii, równa się lizanie bobrowi czterech liter). A jej ulubioną metodą jest straszenie wszystkim, co brzmi naukowo, a więc stawianie znaku równości między nauką a oszustwami przemysłu spożywczego. „Jeśli nie potrafisz tego wymówić – nie jedz tego”, powiada Vani Hari (nie dawajcie jej katsuobushi ani quesadillas!), budując u rzeszy (nie przesadzam, w USA jest ekstremalnie popularna) konsumentów niebezpieczne przekonanie, że naukowcy to próbująca ich otruć banda geniuszy zła zanoszących się obłąkańczym śmiechem, a zdrowie, pomyślność i ogólną homeostazę osiągnąć można tylko przyłączając się do jej armii.

Jej metodę autor Slate.com trafnie określił „złośliwą metonimią”. Na czym to polega?

Np. pod krzykliwym tytułem („To nie jest żywność, ale większość Amerykanów to je!”) Vani Hari pisze o skandalicznym procederze używania w gastronomii oleju bawełnianego. Choć przecież bawełna to nie jedzenie (prawda), a w dodatku olej ten jest produktem ubocznym przemysłu tekstylnego (prawda), zaś produkcja bawełny zużywa ogromne ilości wody (prawda). Ale z tych trzech prawd należałoby raczej wyciągnąć wniosek, że powinniśmy chodzić nago niż że trzeba wojować z producentami używającymi oleju bawełnianego.

Albo w niesławnym wpisie o kuchenkach mikrofalowych (który próbowała usunąć, ale niestety, internet pamięta), gdzie m.in. sugerowała, że poddana działaniu mikrofal woda nie formuje już pięknych śnieżnych gwiazdek, lecz zachowuje się jak woda, którą wystawiono na działanie takich słów, jak szatan czy hitler...), bardzo ciekawie manipuluje ona słowem promieniowanie (radiation). Przekonuje, że żywność poddana promieniowaniu traci swoje wartości odżywcze. Prawdą jest, że promieniowanie radioaktywne, z którym to użycie słowa ma się nam kojarzyć, jest dla nas zabójcze. Prawdą jest też, że mikrofale stanowią rodzaj promieniowania. Nadużyciem i fałszem jest wyciąganie z tych dwóch przesłanek wniosku, że promieniowanie mikrofalowe nas zabija (jeśli tak uważasz, natychmiast wyrzuć swojego smartfona!). Albo wręcz, że promieniowanie nas zabija (nigdy nie wystawiaj się na działanie światła! a już broń Boże ciepła - toż to promieniowanie podczerwone!).

Dlaczego o tym piszę? Bo wprawdzie Vani Hari jeszcze nad Wisłą nie zagościła (choć udało mi się znaleźć przynajmniej jeden artykuł z poważnego medium – „Rzeczpospolitej”, gdzie cytowana jest jako ekspert ds. żywności), ale polskich Food Babe'ów nam nie brakuje. Jeśli unosisz teraz pytająco brwi, zastanów się, jak często w mediach czy internecie, a zwłaszcza w rojącej się od samozwańczych ekspertów blogosferze, trafiasz na podobne zdanie:
Nie ma, po prostu nie ma czegoś takiego, jak akceptowalna do spożycia ilość chemii”.
Tak pisze Vani Hari w swojej książce „The Food Babe Way”.


Ale czy wiesz, że Food Babe i jej naśladowcy nie mówią ci wszystkiego? 
Chemia jest wszędzie!

  • Czy wiesz, że producenci rzekomo naturalnych wędlin „bez konserwantów”, tak naprawdę faszerują je konserwantem znanym jako E-250?!
  • Czy wiesz, że w niektórych punktach gastronomicznych wykorzystuje się te same substancje, którymi napędza się silniki diesla?!
  • Czy wiesz, że do żywności twoich dzieci dodaje się kwas określany jako E-330, a przemysł spożywczy całkowicie ignoruje fakt, że już w połowie lat 70. francuscy eksperci z Villejuif ogłosili, iż ma on rakotwórcze działanie?!
Ale to jeszcze nie wszystko...

  • Czy przemysł spożywczy mówi wam, że w ostrych papryczkach WSZYSTKICH producentów znajduje się alkaloid wywołujący ból, którego używa się np. w policyjnych miotaczach gazu do rozganiania tłumów?!
  • Czemu NIE MA w sprzedaży wiśni bez cyjanku w pestkach?! Cyjanek to śmiertelna trucizna?! Komu na tym zależy?!
  • Czy wiecie, że ten okropny glutaminian sodu jest nie tylko w żywności przetworzonej, ale też w serach, rosole, a nawet w pomidorach?!

Nie, to nie koniec. Zagrożeń jest więcej.

  • Używasz soli? KAŻDA cząsteczka soli zawiera chlor! A chlor jest śmiertelną trucizną, powoduje obrzęk płuc, a w dużych stężeniach – śmierć. Jest używany jako broń chemiczna!
I najgorsze:
  • Nasza żywność jest PEŁNA monotlenku diwodoru! Jest wszędzie! W owocach, warzywach, mięsie, napojach, a producenci żywności często używają zakamuflowanych nazw, choć jest on często GŁÓWNYM składnikiem produktu! Przemysł spożywczy wie o tym od dziesiątek lat, a mimo to wciąż dodaje go do żywności, choć udowodniono, że monotlenek diwodoru jest głównym składnikiem kwaśnych deszczów, środków myjących, a nawet gnojówki!
Wszystko to prawda. I wszystko to chemia. Czysta chemia. Nasza żywność jest jej pełna.

Ja też wybieram chleb, do którego wypieku nie używa się polepszaczy (nawiasem mówiąc, azodikarbonamid, czyli ów „składnik mat do jogi”, o który chodziło Food Babe, jest dozwolony w USA, ale zdaje się zakazany w Unii Europejskiej). Bardzo uważnie czytam etykiety, kiedy tylko mogę – żywność przygotowuję sam i nie korzystam z półproduktów. Nie podoba mi się pomysł stosowania kastoreum zamiast wanilii, zwłaszcza że pozyskiwanie tej substancji nie napawa szczególnym entuzjazmem bobrów. I nie bronię przemysłu spożywczego. Wiem, jak oszukańczy i nieuczciwy potrafi być, zwłaszcza co wyczyniają producenci żywności wysoko przetworzonej i fast foodów. Jest się z nimi o co bić i jest przed czym ostrzegać.


Ale nie wolno tego robić Sposobami Food Babe – The Food Babe Way.

Moja powyższa lista chemicznych zagrożeń to właśnie stosowanie złośliwych metonimii. Przy ich pomocy można nas z łatwością wprawić w stan niepokoju o zdrowie własne i bliskich, podejrzliwości wobec tego, czego nie widzimy, i z czego korzystanie opiera się na zaufaniu. Bo przecież my się na tym tak do końca nie znamy, musimy ufać producentom, wydawcom certyfikatów, twórcom norm i laboratoriom, które je sprawdzają.

A Sposób Food Babe opiera się właśnie o to: o ignorancję. Food Babe i jej podobni, nie dość, że sami są ignorantami, to jeszcze wykorzystują fakt, że większość z konsumentów wie mniej niż oni.

I w ten sposób mogą ich łatwo zmanipulować. Po co? Żeby namówić na kupowanie ich produktów, usług i twórczości.

Trend na Zachodzie zwany Free-From Food, nie zyskał sobie jeszcze polskiej nazwy, ale ma się u nas znakomicie. My, konsumenci, jesteśmy już nieźle wytrenowani w sprawdzaniu etykiet i robimy się podejrzliwi, gdy widzimy składniki o - zgodnie z radą Food Babe - trudnych do wymówienia nazwach. Gdy więc słyszymy, że dana żywność czegoś NIE zawiera, stajemy się ufniejsi.

A więc: „żywność bez chemii?” Sprzeda się świetnie, wystarczy sobie to napisać na etykiecie. „Nie zawiera glutaminianu sodu”? Kupujemy, chociaż producent sypie guanylan disodowy (również wzmacniacz smaku) albo w składzie podaje „ekstrakt drożdżowy” (to samo, co glutaminian sodu, ale to przecież potrafimy wymówić, prawda?). Żywność bezglutenowa? Nawet szkoda gadać (z resztą o glutenie już pisałem). Bez laktozy? Bez konserwantów? (sól, przypomnijmy, to nie tylko dodatek smakowy, ale też konserwant!) – bierzemy!

Wpędzony w żywieniową nerwicę ignorant to klient doskonały. Można mu wcisnąć wszystko, trzykrotnie przepłaci i jeszcze będzie się cieszył. Tak – czytajmy etykiety, uważajmy na skład żywności i przejmujmy się tym, co nieuczciwi albo po prostu zachłanni producenci chcą nam wcisnąć w gardła. Ale nie dajmy się oszukiwać samozwańczym, fałszywym prorokom zdrowego żywienia, którzy pod płaszczykiem troski o nasze zdrowie chcą nam opchnąć swoje książki, produkty czy usługi, kradną na rzecz swoich reklamodawców nasz czas i nasze kliknięcia. I żywią się wywoływanym przez samych siebie strachem.
I nie bójmy się nauki. Nasza żywność (składniki odżywcze, związki aromatyczne...) to czysta chemia. Jej przyrządzanie (procesy, reakcje...) to czysta chemia. Jej smakowanie (oddziaływanie zawartych w żywności związków na nasze receptory) to czysta chemia. Nawet w naszych mózgach podczas jedzenia zachodzą procesy chemiczne (słyszeliście o endorfinach?). Kochajmy chemię!
Uff. Przyrządźmy coś wreszcie.

poniedziałek, 23 maja 2016

Tarta ze szparagami. Ładne żarcie w brzydkim kraju


Miałem ci ja zawsze takie prowincjonalne marzenie. Żeby któryś z tych telewizyjnych foodiesowych celebrytów, co to jeżdżą się zachwycać lokalnymi wiktuałami a to do Wietnamu, a to do Szwecji, Izraela czy na południe Francji, zrobił kiedyś odcinek swojego programu tu, u nas, nad Wisłą. Fajnie by było, myślałem, zobaczyć oczami kamery kulinarnej telewizji Kleparz czy Halę Mirowską, steki u Ed Reda, maczankę krakowską w food trucku Andrusa czy rydzowy żur w Starym Domu Zdrojowym w Wysowej, nawiedzić serowarnię Rancza Frontiera albo masarnię pana Mądrego w Nowej Wsi Szlacheckiej koło Liszek. Fajnie by było zobaczyć taki koncentrat, ekstrakt tego, jak Polska się niesamowicie kulinarnie zmienia, rozwija i rozkręca.

Na marzenia, uczy stare ludowe porzekadło, należy uważać - bo bywa, że się spełniają. No więc się doczekałem.

Simon King i Dave Myers w Polsce / źródło: HairyBikers.com
Polski odcinek cyklu „Kudłaci Kucharze – wokół Bałtyku” (The Hairy Bikers' Northern Exposure) poznałem bezbłędnie po pierwszych klatkach: Dave Myers i Si King pośród chaszczy i samosiejek przetaczają się chybotliwie przez niestrzeżony przejazd kolejowy po dziurawym asfalcie. Jadą przez Polskę zielono-żółto-czerwonych szyldów chwilówek i sieciówek, Polskę barów, których oferta jednogłośnie brzmi "TANIO!", jadą przez Polskę skwaszonych, uciekających wzrokiem sprzedawczyń z gdańskiego bazarku i toruńskiego sklepu z piernikami, Polskę pustakowych zagród, eternitowych strychów i barokowych ogrodzeń z gazobetonu, Polskę ekranów akustycznych, Polskę gigantycznych szmat reklamowych rozwieszonych na fasadach średniowiecznych miast, Polskę językowych analfabetów, na której bezdrożach wytacza się na Bikersów panna młoda z okrzykiem "wódka!".

Wyprawę kończą w Białowieży, zdążając ugotować bigos u podnóża Puszczy Białowieskiej, zanim ją wytną minister środowiska z leśnikami.

Że przesadzam? Że nie dostrzegam tych pogodnych twarzy sympatycznych ludzi, nowiutkich obwodnic i na glanc odremontowanych centrów, nowoczesnych tramwajów na ulicach i zatrzęsienia dorodnych, cudnie wyeksponowanych owoców i warzyw na bazarku? Pewnie, trochę przesadzam. Nie w tym rzecz, że odcinek był sam w sobie przygnębiający, a już na pewno nie w tym, że za pomocą tego odcinka określone medialne czynniki dokonały celowej manipulacji szargając wizerunek Polski (pamiętajmy, nie mówi się "tego kraju"!) w oczach naszych zachodnich partnerów. Rzecz po prostu w tym, że na tle całej serii Northern Exposure, gdzie Bikersi jadą przez kraje bałtyckie i Skandynawię, Polska wizualnie wypada naprawdę, naprawdę fatalnie.

Patrzę, jak w kolejnych odcinkach prezentuje się Litwa, Łotwa, czy Estonia. Na Finlandię czy Szwecję, to już nawet nie patrzę, bo porównać się nie da. I krew mnie zalewa na ten nasz wizualny bajzel, na ten jedyny w swoim rodzaju melanż pazerności z anarchią: gdzie nieważne, co jest obok, co jest wokół, ważne że tu jestem JA i JA się tu reklamuję i ogłaszam, JA się tu buduję i ogradzam, JA tu prosperuję i gospodarzę, bo ten kawałek przestrzeni jest MÓJ i wara wam od niego.

Zawsze to mam: gdy wjeżdżam do Polski, przekraczając granicę od strony Niemiec, czy choćby Czech, mam nieodmiennie wrażenie, że cała przestrzeń na mnie wrzeszczy.

A gdy akurat nie wrzeszczy, snuje smutną opowieść: opowieść o zerwaniu ciągłości kultury materialnej, o przeoraniu generacyjnej pamięci przez wywózki i przesiedlenia, przez władzę ludu i alienację od własnej przestrzeni, która stała się "wspólna, czyli niczyja". Tak, jakbyśmy przez to wszystko zapomnieli (ciekawe, że nie zapomnieli tego najwyraźniej Bałtowie, choć komunizm dotknął ich może nawet jeszcze silniej) coś, co na dawnej wsi było oczywiste, bo zapisane w samym języku: że słowo "ładnie" pochodzi od słowa "ład".

No więc mamy tych wszystkich pogodnych ludzi, te nowiutkie obwodnice, odremontowane miasta, zatrzęsienie warzyw i tramwaje. I z jakiegoś powodu zalepiamy, zasłaniamy, pstrzymy i pacykujemy ten całkiem fajny kraj, zagłuszając wrzaskiem to, co w nim ciekawego widać, i dekorując chińszczyzną z marketu budowlanego. Smutno.

Co się dziwić, że nie maczanka, nie sery z Frontiery, nie rydzowy żur stały się hitem polskiego odcinka bałtyckiej wyprawy Dave'a i Simona, lecz właśnie nieszczęsny bigos – skoro to z bigosem na pierwszy rzut oka musi się kojarzyć polski smak?

To powiedziawszy, robię w geście protestu coś, co dla odmiany będzie naprawdę dobrze wyglądać. I genialnie smakować. I czerpać z porządków kulturowych nieco innych niż kiełbasiano-pustaczany. Sezon szparagowy w pełni, a pogoda wreszcie taka, że chce się zrobić coś lżejszego niż bigos.

Tarta ze szparagami zatem. Wyglądająca jak na załączonym obrazku.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Focaccia z 3 serami: zakręcona prostota [wideo]


Wiosna dała nam przedsmak, po czym wycofała się beznamiętnie, zostawiając nas na ten weekend przemarzniętymi i przesiąkniętymi wilgocią do szpiku kości. W takich momentach zawsze przypomina mi się źródłosłów nazwy focaccia - łacińskie słowo focus oznaczające ognisko, to domowe. Od razu robi się cieplej.

Ale żeby jeszcze trochę poprawić sobie humor, pomyślmy o jednym z kluczowych elementów wielu comfort foodów: o rozpuszczonym, ciągnącym się serze. A najlepiej - o serach, w liczbie mnogiej.

W ubiegłym roku, w ramach krakowskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej, byłem na warsztatach pieczenia focaccii z telawiwsko-nowojorskim mistrzem piekarskim Uri Scheftem. Pośród wielu rzeczy nauczyłem się tam także i tego, że focaccia to tylko idea, którą to piekarz ma wypełnić treścią. Nie ma jednego sposobu, jednego przepisu, jednego obłożenia, jednego kształtu. Warto to zapamiętać, bo znajduje owa prawda zastosowanie w wielu innych sytuacjach w świecie, w którym co i rusz napotykamy na mędrców głoszących, że istnieje tylko jeden właściwy sposób - i to oni, ma się rozumieć, go reprezentują. Nie dotyczy to z resztą tylko kuchni.

A więc focaccia - ów cudownie prosty gatunek pieczywa, sprowadzający się do podstawowych składników: mąki, wody, drożdży i soli, oliwy. Składników każdej najprostszej, najuboższej nawet kuchni, obecnych w niej od pradawnych czasów. Focaccia odsyła nas gdzieś w basen morza Śródziemnego i na Bliski Wschód. Czyli tam, gdzie ciepło.

Zastanawiałem się owładnięty comfort-foodową gastrofazą, jak nafaszerować ją serami. Przypomniałem sobie, jak się robi szwedzkie Kanelbullar i jak mistrz Uri Scheft robił niezwykle efektowną chałkę o warstwach przekładanych nutellą (zrobiłem ją później z masłem orzechowym, o czym opowiem przy następnej okazji). I pomyślałem, że może to być fajny sposób na stworzenie serowego bochna. W ten sposób powstał patent na iście zakręconą serową focaccię.

Zapraszam do oglądania tutorialu.

sobota, 26 marca 2016

Jajka herbaciane - jeśli znudziły się Wam pisanki [wideo]


Jajko. Około 150 kcal na sztukę, teorie o szkodliwości jego cholesterolu dietetycy wkładają dziś między bajki. Przy założeniu, że jemy jedno dziennie (nie dotyczy Wielkanocy) można bez obaw o zdrowie zjeść ich 26 w miesiącu.

Jego żółtko to w 51% woda, 16% to białka, a 31% tłuszcze, z czego 65% to trójglicerydy, 30% to fosfolipidy - głównie tak potrzebna nam lecytyna, a wspomniany cholesterol to 5%. Pozostałe 2% to witaminy A, D, E i K oraz witaminy z grupy B, a wśród nich kwas foliowy, karotenoidy, niacyna i prawdziwa kopalnia minerałów: selen, cynk, jod, magnez, żelazo, fosfor, wapń i potas.

Białko to woda w 88%, 3% to składniki takie, jak bakteriobójczy kwas sialowy, witaminy z grupy B,  selen, cynk, jod i magnez, zaś 9% zaś stanowią tu białka: białko jaja zawiera wszystkie tzw. białka egzogenne - to te, których nasz organizm samodzielnie wytworzyć nie potrafi.

Dlatego jajko jest pełnowartościowe. A w wielu kulturach - m.in. w naszej, stąd jego obecność w wielkanocnym koszyku - jest symbolem życia.

Więc życia pełnowartościowego Wam życzę na tę Wielkanoc.

niedziela, 13 marca 2016

Boeuf Bourguignon i słowo o robieniu z kuchni talent show


Jest w kulinarnej telewizji jeden pan. Nazwijmy go Pan Olejarz, albowiem jeszcze niedawno prowadził program sponsorowany przez producenta rafinowanego oleju, i bez mrugnięcia okiem, patrząc prosto w obiektyw kamery zapewniał, że olej taki z powodzeniem zastąpić może oliwę z oliwek. No więc Pan Olejarz ma nowy program. Przychodzi do ludzi, zagląda im w gary, nosek marszczy, oczętami przewraca, miny stroi, na koniec do stołu zasiada i orzeka, że gotującemu nie wyszło. I zanim go do swojej kuchni zaprosi, żeby mu pokazać, jak się gotuje, na lśniącym laptopie odtwarza delikwentowi nagrania jego bliskich, przyjaciół, rodziny.

Konwencja programu przewiduje, że owi bliscy i przyjaciele mają na delikwenta ponarzekać. Że gotuje wciąż to samo albo nie to, co by sobie stołownicy życzyli (sadzi jaja na pomidorach zamiast gołąbki ugotować), że przyprawia za bardzo albo wcale, że śmie serwować ciasto kasztanowe zamiast pizzy (autentyk). Delikwent siedzi i słucha, kąciki ust mu drgają, oczy mgłą zachodzą, a z ekranu jego przyjaciele i rodzina szydzą zeń, kpią i narzekają. Pan Olejarz zaś kiwa głową, czułym spojrzeniem zza okularów uracza i zaprasza do swojej kuchni, żeby delikwenta przyuczyć do spełniania zachcianek bliskich i przyjaciół.

O, bo Pan Olejarz to poważny szef kuchni, który w kuchni swej do żadnego sadzenia jaj na pomidorach by nie dopuścił. Nie, tam się uprawia kuchnię nowoczesną, profesjonalną, tu Pan Olejarz wygłasza swoje prawdy, w tle mając rozmyte kamerową nieostrością Kitchen Aidy, a prezentacja i serwis odbywa się przy zastosowaniu wszystkich tych technik, które zamieniają talerz w coś na kształt dna koszyka kwiaciarki. Delikwent biorący udział w programie ma tu stanąć w obliczu kuchni prawdziwej, zobaczyć co mistrz zaproponuje jako kontrapunkt względem jego bezczelnych i nieprofesjonalnych kuchennych prób i aspiracji, jak mistrz - tu znowu cytat - "się zainspiruje" jego niezdarnymi pomysłami, jak błoto w złoto zamieni. A gdy delikwent się tak mierzy, Pan Olejarz czasem i nawet pochwali, dobre strony ujrzy, po metaforycznych plecach poklepie. Że wprawdzie delikwent kremu angielskiego nie umie zrobić, ale ładnie trzyma paluszki przy krojeniu. Bo Pan Olejarz to ludzki pan, chciałby pewnie być kumplem, ale mu się nie udaje, wychodzi raczej na swego rodzaju młodzieżowego belfra.

Sprowadźmy to wszystko do sedna.

Po pierwsze, to program, w którym znany szef kuchni udowadnia zwykłym gotującym ludziom, że jest od nich o niebo lepszy, lansuje się na porównywaniu się z szaraczkiem, co chciał zrobić amatorski obiad rodzinie albo przyjaciołom. No po prostu czapki z głów, Panie Olejarzu, ale z ciebie miszczu i przekoleś. Warszawko, wal tłumnie do restauracji Pana Olejarza, wszelako gotuje on lepiej niż Leszek z Ursynowa! Gdzie byli eksperci Michelina, gdy Pan Olejarz tego dokonywał!?

Po drugie, to program, w którym szczuje się rodzinę i przyjaciół na uczestnika, nakłania żeby z niego poszydzili do kamery, zrobili zeń idiotę przed tysiącami telewidzów, i to w imię tego, że oni chcieli pizzę albo gołąbki, a ten lebiega zrobił ciasto. A to już jest draństwo.

Po trzecie - bo jest jeszcze trzecie, najgorsze chyba: nikt tych ludzi do programu siłą nie wpycha, zgłaszają się sami. A straszne to dlatego, że dla pokazania się w telewizji skłonni są na rzecz uciechy gawiedzi oddać nie tylko przestrzeń swojej kuchni, ale też swoje rodzinne i przyjacielskie relacje. Ciekawe, czy wiedzą, że to nie jest bezkarna zabawa: że widzowie, a wśród nich ich inni znajomi, sąsiedzi i krewni - zakładają, że to wszystko tylko taka gra, puszczenie oka, ustawka.

Naoglądaliśmy się Kuchennych Koszmarów czy Rewolucji, Piekielnych Kuchni Masterszefów i Top Szefów, i wydaje nam się, że bez nabzdyczenia nie ma gotowania, że nieumiejętne sadzenie jaj dyskwalifikuje sadzącego nie tylko z kuchni, ale też z wszelkiego towarzyskiego życia. Wielkomiejska klasa średnia zamienia swoje kuchnie w pola do popisu. Gotowanie z radości staje się konkursem, a stół z miejsca spotkań z bliskimi - w scenę talent show. Stołownicy nie chcą już być stołownikami, nie wystarcza im bycie gromadą przyjaciół skupionych wokół stołu. Chcą być jurorami, recenzentami, krytykami. Chcą być tacy, jak w telewizji. Więc pieprzą rzewne bzdety o "prezentacji" czy "teksturze" potraw.

A widzowie karmią się oglądaniem z bezpiecznej perspektywy tyłka na sofie, jak bliźni jest kompromitowany i wyszydzany. Jaki jest repertuar telewizji lifestylowych? Widz może sobie popieścić zbolałe ego, oglądając na przemian ludzi co nie umieją gotować, marzą o operacji plastycznej na cellulit bądź opryszczkę, źle urządzają mieszkanie, nie ogarniają odkurzacza albo - bagatela - nie utrzymali knajpy w ryzach rentowności.

Siedzi więc sobie widz tyłkiem na kanapie i myśli w ślad za Panem Olejarzem: Boże, jak dobrze, że jestem od tych fujar lepszy. A telewizje robią na tym kasę.

Myśląc to wszystko, gotuję danie, które pewnie poklasku telewizyjnych Panów Olejarzy by nie zdobyło. Bo prezentacji szczególnej nie ma, jest staromodne, ciężko je wyserwować na łezce z sosu. Gdy każdy gotujący w telewizji stara się przekonać, że robi "swoją wersję" czegoś tam, tu będzie klasyk, trochę tylko odchudzony i uproszczony. To jest danie do postawienia na środku stołu, pośród wygłodzonych przyjaciół, w towarzystwie butli wina i świeżej bagiety. Do cieszenia się intensywnymi, dymnymi smakami, miękkością włókienek mięsa ustępujących pod widelcem, obfitością i prostotą - bo choć to danie nazywa się po francusku, jest rozbrajająco bezpretensjonalne.

A jak kto zacznie narzekać na teksturę albo prezentację - już wiecie co robić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...